Marta stoi przed wielkim lustrem w salonie Marcina. Zmywa makijaż i tak już rozmyty od łez.
-Czemu płaczesz?
-Zawsze, kiedy myję twarz, zdaje mi się, że ją sobie zetrę. Wyczyszczę tusz z rzęsami, podkład ze skórą, szminkę z ustami i róż z policzkami.
-Paranoja.
-Kiedy się maluję, to jakbym malowała po białej kartce papieru. Raz dodam sobie więcej zmarszczek, potem trochę zmażę. Kolor oczu wybiorę pod kolor cieni do powiek. A wargi, czasami pociągnę za daleko kreskę i już mam wielkie. Potem dokleję sobie gęste rzęsiska, i lekkim pędzelkiem pociągnę brwi. Najgorzej z piegami, nigdy nie pamiętam, w którym miejscu były dzień wcześniej, maluje na wszelki wypadek więcej, potem zmywam, jak jest za dużo.
Marcin staje koło niej, ich spojrzenia spotykają się w lustrze.
-A nos?
-Czasami lepię z ciastoliny, czasami pudruję.



